czwartek, 25 sierpnia 2016

Zanim się pojawiłeś


Znalezione obrazy dla zapytania zanim sie pojawiles
     
      Na wstępie muszę zaznaczyć, że naprawdę boli mnie w głębi serca to w jaki sposób są tłumaczone tytuły, może tutaj nie ma to, aż tak ogromnego znaczenia, ale jakoś dużo bardziej przemawia do mnie "Ja przed tobą", wiem brzmi trochę dziwacznie i nieskładnie, ale mogę to skojarzyć zarówno z główną bohaterką, jak i z głównym bohaterem. Kolejny raz będę opisywała swoje odczucia co do filmu, który powstał na podstawie książki i kolejny raz jest to książka, której nie przeczytałam, ale oczywiście mam zamiar ( "Love, Rosie" jest już przeczytane, gdyby ktoś pytał :)). Autorką jest oczywiście Jojo Moyes, a za reżyserię filmu odpowiada Thea Sharrock. W rolach głównych występują Emilla Clarke (tak, Daenerys), jako Louisa Clark i Sam Claflin, jako William Traynor.

Większość z was podejdzie do tego filmu z wielkim dystansem i z góry stwierdzi, że to tani wyciskacz łez przeznaczony dla tych wrażliwszych widzów, ja do nich raczej nie należę i na filmach nie płaczę, ale wszystko co dzieje się na ekranie przeżywam równie mocno, co ta emocjonalna część widowni. Dwójka młodych ludzi, piękny plakat, chociaż, no dobra akurat plakat to średnio mi się podoba jest w nim coś nadwyraz sztucznego, ale jeśli chodzi o zwiastun to zaczarował mnie na kilka miesięcy i z niecierpliwością czekałam na ten film. Lou zwyczajna dziewczyna, chociaż to nieodpowiednie określenie dla tak barwnej postaci, jeśli w grę wchodzą jej ubrania. Jest optymistyczna, urocza i w pewnien sposób dziecinna, nosi w sobie wszystko to, co każdy dorosły człowiek gubi na granicy dzieciństwa i dorosłości, tymczasem Will jest jej całkowitym przeciwieństwem. Nie potrafi cieszyć się z dronych chwil, jest cyniczny i rzadko okazuje swoje uczucia, a wszystko za sprawą wypadku, który raz na zawsze i nieodwołalnie uczynił go niepełnosprawnym. Ich drogi łączą się w momencie, gdy Louisa zostaje zatrudniona do opieki nad Willem i chociaż na początku jest to dla niej istna udręka z czasem tych dwoje zupełnie różnych ludzi znajduje wspólny język, co więcej stają się przyjaciółmi, a może nawet kimś więcej. Co oferuje nam ten film? Najpiękniejsze momenty z życia osoby, która myślała, że już nigdy nie zazna szczęścia. Zaznała. I chyba to poruszyło mnie najmocniej. Razem z nimi uczyłam się zupełnie nowym zdolności przy czym uśmiech nie znikał mi z twarzy, gdy widziałam poczynania główej bohaterki, która jest tym typem ludzi, o których zwykliśmy mawiać "promyczek słońca". Właśnie taką rolę odegrała w życiu Will'a.




 Niestety coraz mniej powstaje filmów, które potrafią poruszyć w tak mocny sposób, jednocześnie opowiadając historię jakich jest już wiele. Z pewnością w przypadku filmu "Zanim się pojawiłeś" gra emocjami widza jest bardzo głęboko przypisana doborowej muzyce. Dziękuję twórcom, że do zwiastunu użyli pioenki Ed'a Sheeran'a, urzekła mnie po raz kolejny, tym razem nie jako radiowy hit, ale 'coś' zupełnie magicznego. Dziękuję, dziękuję, dziękuję i szczególnie mocno polecam film. Ogromny plus za nieoczywiste zakończenie, ale to już zasługa Jojo Moyes. 8/10.


sobota, 14 lutego 2015

Jupiter: Intronizacja





"Genetycznie zmodyfikowany były łowca przybywa na Ziemię, by odnaleźć młodą dziewczynę, której przeznaczone jest niezwykłe dziedzictwo..." bla, bla, bla... Czasami spontaniczne wyjścia do kina nie są,aż tak dobrym pomysłem, kiedy w kinie nie leci nic na co czekacie z utęsknieniem lepiej odpuścić sobie szukanie filmu na siłę, chociaż nie zawsze tak jest. Wyjątkowo może się okazać, że znaleźliście perełkę. No właśnie i jak to jest z tym oto filmem "Jupiter: Intronizacja" brzmi groźnie, prawda? Na początek trochę faktów. Film z gatunku science-fiction, który posiada także elementy kina akcji. Reżyserem, a raczej reżyserami jest rodzeństwo Andy i Lana Wachowski. W rolach głównych zobaczyliśmy Milę Kunis i Channing'a Tatum'a. Mamy podstawy, a teraz całe sedno sprawy. Chciałabym w jak najbardziej sensowny sposób opisać wam o co tak na prawdę chodzi w tym wszystkim, ale szczerze mówiąc nie wiem od czego zacząć. Z mojej perspektywy takim słowem przewodnim w całym filmie jest "czas" o to się tak na prawdę rozchodzi. Nie chcę spoilerować, bo na prawdę może to być ciekawy film dla wielu osób. Ja osobiście nie oglądałam wielu filmów takiego typu, właściwie sama nie wiem dlaczego, bo są na prawdę okej, ale skoro nawet osoba mojego pokroju zauważa, że coś w tym wszystkim nie gra, to faktycznie musi tak być.



Cała historia jest według mnie tworzona na wzór "kosmicznego Kopciuszka", chociaż wiem brzmi to dosyć komicznie. Jupier (Mila Kunis) jest najzwyklejszą dziewczyną, ciężko pracuje jako sprzątaczka i marzy o tym by wieść lepsze życie. Co dziwne podczas zabiegu oddawania jajeczek napadają ją kosmiczne stwory (okej, to brzmi fatalnie, ale nie było, aż tak źle;)) i tutaj właśnie pojawia się nasz książę z bajki- Caine (Channing Tatum). Co dalej? Jedna zasada wszyscy są przeciwko głównemu bohaterowi, który w swej zwyczajności jest nadzwyczajny (nieodłączne wrażenie wszystkich filmów typu "Zmierzch", "Igrzyska śmierci" itd.) Okazuje się, że nasza Jupiter jest nie byle kim, bo "Waszą wysokością" i to nie jakąś podrzędną władczynią małej wyspy, ale władczynią kosmosu. I tutaj zaczyna się cała akcja, którą już podaruję, by przejść do mojej oceny filmu (podkreślam słowo "mojej" nie bez powodu, nie jestem krytykiem, znawcą, ani niczym w tym rodzaju, a jest to jedynie luźna opinia ;)) 




Jestem pod wrażeniem całkiem fajnych efektów specjalnych, ale... no właśnie, małe "ale" jest ich zwyczajnie za dużo. Przez cały film, po prostu trudno się odnaleźć. Widz ma po prostu wrażenie przesytu. Nie wiem dlaczego, ale gdy myślę o tym filmie pojawia mi się tylko obraz spadającej głównej bohaterki. Akcja rozgrywa się, albo na statku albo w kolejnym z pałaców. Cały film opiera się na trzech odwiedzinach, właściwie tak to można z grubsza opisać. Dla mnie to jest bradzo nudne i przewidywalne, na prawdę nic specjalnego. Można to było zdecydowanie lepiej rozegrać. Kolejnym elementem jest gra aktorska głównych bohaterów, która na prawdę woła o pomstę. Są oni po prostu sztywni w tym co robią, nie da się tego ukryć i koniec. Podobno główna rola miała przypaść Natalie Portman i na prawdę jestem ciekawa jak wtedy wyglądałby cały efekt. Pomimo ogormnej sympatii do Mili i Channing'a jestem zawiedziona tym co zaprezentowali.



Największym problemem jest po prostu przesyt. Reżyserzy chcieli zwyczajnie "zaszpanować", pokazać na co ich stać. I chyba o jeden most za daleko tym razem się posunęli. Film nie poleciłabym kumplowi, a może raczej koleżankom, które lubią romanse, bo taki właściwie jest "Jupiter". Mamy tu trochę romansu, jakieś śmieszne dialogi, trochę powagi i wielkie boom, no i oczywiście latające buty. Mimo wszystko trudno całkowicie skreślić ten film, ma w sobie potencjał, ale chyba nieodpowiednio wykorzystany. Według mnie miał na prawdę fajne założenia i ciekawe pomysły, ale po prostu tym razem nie wyszło. Jak dla mnie jest to 5/10. Jest okej, da się obejrzeć, ale mogło być na prawdę rewelacyjnie,.

piątek, 12 grudnia 2014

Love, Rosie







Tydzień temu jak zwykle przeglądałam nowości filmowe opisane w gazecie codziennej, szczególnie zwróciłam uwagę na film pt. "Love, Rosie". Za cel ustaliłam to, iż pójdę na niego jak najszybciej  i tak oto w poniedziałek wieczorem wybrałam się na seans. "Love, Rosie" film na podstawie książki Cecelii Ahern pt. "Na końcu tęczy", (niestety nie będzie to recenzja porównawcza, ponieważ nie przeczytałam książki, prawdopodobnie w przyszłości nadrobię :) ) wyreżyserowany przez Christian'a Ditter'a. Ale o czym właściwie "to" jest? Historia jakich wiele, dla kogoś kto oglądał "One day" będzie to powtórka całego widowiska, ale przyznam szczerze ma w sobie taką specyficzność, że nie jest to prawie odczuwalne.  
Rosie (Lily Collins) i Alex (Sam Claflin) najlepsi przyjaciele na zawsze. Na tym powinno się zakończyć, prawda? Mają plany, marzenia, chcą razem wyjechać do wielkiego miasta, zmienić swoje życie i pokazać na jak wiele ich stać. Najważniejszym punktem, który zaważy na dalszych wydarzeniach jest urodzinowa impreza 18-letniej wówczas Rosie, wszystko co później dzieje się w życiu głównych bohaterów w pewnym sensie jest zależne od tamtego wieczoru. I tak oto przychodzi dzień, na który z niecierpliwością czeka każdy licealista - bal maturalny. Pomimo wcześniejszych ustaleń, że mają spędzić tę noc razem, każde z nich idzie z innym partnerem. Alex zabiera na imprezę największą piękność- Bethany, natomiast Rosie- Greg'a. Wszystko byłoby okej, gdyby nie fakt, że gdzieś w tej całej coraz to bardziej komplikującej się sytuacji zaczynają czuć do siebie 'coś' więcej, niż tylko zwykłą przyjaźń, jak to było do tej pory. Kolejny etap studia, na które Alex idzie sam, Rosie niestety nie może mu towarzyszyć, ponieważ w jej życiu pojawia się kłopot, który w późniejszym czasie przerodzi się w błogosławieństwo. Jej przyjaciel próbuje swoich sił w stałych związkach, prawdopodobnie podświadomie stara się zapełnić pustkę, którą może wypełnić nie kto inny, a Rosie. Można tak pisać i pisać, aż w końcu pójście do kina, czy obejrzenie filmu później nie będzie miało sensu, ale nie w tym rzecz. Chcę tutaj przede wszystkim przedstawić swoją opinię, przecież to na tym polega recenzja. :) 





Przyznaje szczerze wyszłam z kina zadowolona, może nie była to jakaś uczta kulturowa, może nie był to film na miarę Złotego Globu, ale była to lekka, przyjemna do obejrzenia produkcja, która mimo wszystko pokazywała też problemy, załamania bohaterów, po prostu- samo życie. Współczujemy im, patrzymy na nich z radością i wzdychamy na widok szczęśliwych momentów. Film jednak zdecydowanie bardziej przypadnie do gustu dziewczynom, niż męskiej części widowni, ale niekoniecznie to już rzecz gustu, prawda? 
Zdecydowanie na pochwałę zasługuje muzyka użyta w filmie, dlaczego? Odpowiedź jest całkiem prosta- idealnie wpasowuje się w sytuacje. Uwielbiam kiedy oglądając film ścieżka dźwiękowa jest tak perfekcyjnie dobrana, że prawie nie dostrzegam jej obecności, tak właśnie było w tym przypadku. 
Kolejnym plusem jest humor, chociaż przyznaje mam wątpliwości co do tego czy będzie mnie to bawiło przy kolejnym oglądaniu "Love, Rosie", ale za pierwszym razem na prawdę jest wiele scen, które nas rozweselą, uprzedzam nie chodzi mi o tarzanie się ze śmiechu i żarty typu wszystkich komedii o nastolatkach, zaliczaniu itd., zdecydowanie tutaj podają nam 'coś' bardziej subtelnego. 






I nadszedł moment na mówienie o tym co było nie tak, szczerze nie mam wielu zastrzeżeń, ale jedno biło po oczach niesamowicie, mam tutaj na myśli wygląd głównych bohaterów. skoro akcja dzieje się na przestrzeni 12 lat czy ich wygląd nie powinien się chociaż odrobinę zmienić? Jest różnica między nastolatką, a 30-letnią kobietą. W przypadku Alex'a jest to do zaakceptowania, można to podarować. Jako nastolatek ma głowie niesforną czuprynę, którą z czasem zamienia na bardziej ułożoną, krótszą fryzurę. Nie podoba mi się jednak to jak wyglądała Rosie. Owszem w jej przypadku również zastosowano zmianę fryzury, bo jest i długo i średnio i jak kto woli. Mimo wszystko, gdy patrzymy na jej postać w wieku 28 czy 30 wygląda perfekcyjnie, jak zadowolona z życia 18-letnia nastolatka. W tej kwestii nie jestem zadowolona.
Podsumowując... Film przewidywalny, ale no ludzie jest tak uroczy i piękny, że można to darować. Główni bohaterowie wcale nie tracą czasu na szukanie siebie nawzajem, oni po prostu dojrzewają do właściwego uczucia. Jest to wręcz idealna propozycja na zimowe wieczory :) Mocne 6/10 :) 






xoxo, Solange