sobota, 14 lutego 2015

Jupiter: Intronizacja





"Genetycznie zmodyfikowany były łowca przybywa na Ziemię, by odnaleźć młodą dziewczynę, której przeznaczone jest niezwykłe dziedzictwo..." bla, bla, bla... Czasami spontaniczne wyjścia do kina nie są,aż tak dobrym pomysłem, kiedy w kinie nie leci nic na co czekacie z utęsknieniem lepiej odpuścić sobie szukanie filmu na siłę, chociaż nie zawsze tak jest. Wyjątkowo może się okazać, że znaleźliście perełkę. No właśnie i jak to jest z tym oto filmem "Jupiter: Intronizacja" brzmi groźnie, prawda? Na początek trochę faktów. Film z gatunku science-fiction, który posiada także elementy kina akcji. Reżyserem, a raczej reżyserami jest rodzeństwo Andy i Lana Wachowski. W rolach głównych zobaczyliśmy Milę Kunis i Channing'a Tatum'a. Mamy podstawy, a teraz całe sedno sprawy. Chciałabym w jak najbardziej sensowny sposób opisać wam o co tak na prawdę chodzi w tym wszystkim, ale szczerze mówiąc nie wiem od czego zacząć. Z mojej perspektywy takim słowem przewodnim w całym filmie jest "czas" o to się tak na prawdę rozchodzi. Nie chcę spoilerować, bo na prawdę może to być ciekawy film dla wielu osób. Ja osobiście nie oglądałam wielu filmów takiego typu, właściwie sama nie wiem dlaczego, bo są na prawdę okej, ale skoro nawet osoba mojego pokroju zauważa, że coś w tym wszystkim nie gra, to faktycznie musi tak być.



Cała historia jest według mnie tworzona na wzór "kosmicznego Kopciuszka", chociaż wiem brzmi to dosyć komicznie. Jupier (Mila Kunis) jest najzwyklejszą dziewczyną, ciężko pracuje jako sprzątaczka i marzy o tym by wieść lepsze życie. Co dziwne podczas zabiegu oddawania jajeczek napadają ją kosmiczne stwory (okej, to brzmi fatalnie, ale nie było, aż tak źle;)) i tutaj właśnie pojawia się nasz książę z bajki- Caine (Channing Tatum). Co dalej? Jedna zasada wszyscy są przeciwko głównemu bohaterowi, który w swej zwyczajności jest nadzwyczajny (nieodłączne wrażenie wszystkich filmów typu "Zmierzch", "Igrzyska śmierci" itd.) Okazuje się, że nasza Jupiter jest nie byle kim, bo "Waszą wysokością" i to nie jakąś podrzędną władczynią małej wyspy, ale władczynią kosmosu. I tutaj zaczyna się cała akcja, którą już podaruję, by przejść do mojej oceny filmu (podkreślam słowo "mojej" nie bez powodu, nie jestem krytykiem, znawcą, ani niczym w tym rodzaju, a jest to jedynie luźna opinia ;)) 




Jestem pod wrażeniem całkiem fajnych efektów specjalnych, ale... no właśnie, małe "ale" jest ich zwyczajnie za dużo. Przez cały film, po prostu trudno się odnaleźć. Widz ma po prostu wrażenie przesytu. Nie wiem dlaczego, ale gdy myślę o tym filmie pojawia mi się tylko obraz spadającej głównej bohaterki. Akcja rozgrywa się, albo na statku albo w kolejnym z pałaców. Cały film opiera się na trzech odwiedzinach, właściwie tak to można z grubsza opisać. Dla mnie to jest bradzo nudne i przewidywalne, na prawdę nic specjalnego. Można to było zdecydowanie lepiej rozegrać. Kolejnym elementem jest gra aktorska głównych bohaterów, która na prawdę woła o pomstę. Są oni po prostu sztywni w tym co robią, nie da się tego ukryć i koniec. Podobno główna rola miała przypaść Natalie Portman i na prawdę jestem ciekawa jak wtedy wyglądałby cały efekt. Pomimo ogormnej sympatii do Mili i Channing'a jestem zawiedziona tym co zaprezentowali.



Największym problemem jest po prostu przesyt. Reżyserzy chcieli zwyczajnie "zaszpanować", pokazać na co ich stać. I chyba o jeden most za daleko tym razem się posunęli. Film nie poleciłabym kumplowi, a może raczej koleżankom, które lubią romanse, bo taki właściwie jest "Jupiter". Mamy tu trochę romansu, jakieś śmieszne dialogi, trochę powagi i wielkie boom, no i oczywiście latające buty. Mimo wszystko trudno całkowicie skreślić ten film, ma w sobie potencjał, ale chyba nieodpowiednio wykorzystany. Według mnie miał na prawdę fajne założenia i ciekawe pomysły, ale po prostu tym razem nie wyszło. Jak dla mnie jest to 5/10. Jest okej, da się obejrzeć, ale mogło być na prawdę rewelacyjnie,.