Tydzień temu jak zwykle przeglądałam nowości filmowe opisane w gazecie codziennej, szczególnie zwróciłam uwagę na film pt. "Love, Rosie". Za cel ustaliłam to, iż pójdę na niego jak najszybciej i tak oto w poniedziałek wieczorem wybrałam się na seans. "Love, Rosie" film na podstawie książki Cecelii Ahern pt. "Na końcu tęczy", (niestety nie będzie to recenzja porównawcza, ponieważ nie przeczytałam książki, prawdopodobnie w przyszłości nadrobię :) ) wyreżyserowany przez Christian'a Ditter'a. Ale o czym właściwie "to" jest? Historia jakich wiele, dla kogoś kto oglądał "One day" będzie to powtórka całego widowiska, ale przyznam szczerze ma w sobie taką specyficzność, że nie jest to prawie odczuwalne.
Rosie (Lily Collins) i Alex (Sam Claflin) najlepsi przyjaciele na zawsze. Na tym powinno się zakończyć, prawda? Mają plany, marzenia, chcą razem wyjechać do wielkiego miasta, zmienić swoje życie i pokazać na jak wiele ich stać. Najważniejszym punktem, który zaważy na dalszych wydarzeniach jest urodzinowa impreza 18-letniej wówczas Rosie, wszystko co później dzieje się w życiu głównych bohaterów w pewnym sensie jest zależne od tamtego wieczoru. I tak oto przychodzi dzień, na który z niecierpliwością czeka każdy licealista - bal maturalny. Pomimo wcześniejszych ustaleń, że mają spędzić tę noc razem, każde z nich idzie z innym partnerem. Alex zabiera na imprezę największą piękność- Bethany, natomiast Rosie- Greg'a. Wszystko byłoby okej, gdyby nie fakt, że gdzieś w tej całej coraz to bardziej komplikującej się sytuacji zaczynają czuć do siebie 'coś' więcej, niż tylko zwykłą przyjaźń, jak to było do tej pory. Kolejny etap studia, na które Alex idzie sam, Rosie niestety nie może mu towarzyszyć, ponieważ w jej życiu pojawia się kłopot, który w późniejszym czasie przerodzi się w błogosławieństwo. Jej przyjaciel próbuje swoich sił w stałych związkach, prawdopodobnie podświadomie stara się zapełnić pustkę, którą może wypełnić nie kto inny, a Rosie. Można tak pisać i pisać, aż w końcu pójście do kina, czy obejrzenie filmu później nie będzie miało sensu, ale nie w tym rzecz. Chcę tutaj przede wszystkim przedstawić swoją opinię, przecież to na tym polega recenzja. :)
Przyznaje szczerze wyszłam z kina zadowolona, może nie była to jakaś uczta kulturowa, może nie był to film na miarę Złotego Globu, ale była to lekka, przyjemna do obejrzenia produkcja, która mimo wszystko pokazywała też problemy, załamania bohaterów, po prostu- samo życie. Współczujemy im, patrzymy na nich z radością i wzdychamy na widok szczęśliwych momentów. Film jednak zdecydowanie bardziej przypadnie do gustu dziewczynom, niż męskiej części widowni, ale niekoniecznie to już rzecz gustu, prawda?
Zdecydowanie na pochwałę zasługuje muzyka użyta w filmie, dlaczego? Odpowiedź jest całkiem prosta- idealnie wpasowuje się w sytuacje. Uwielbiam kiedy oglądając film ścieżka dźwiękowa jest tak perfekcyjnie dobrana, że prawie nie dostrzegam jej obecności, tak właśnie było w tym przypadku.
Kolejnym plusem jest humor, chociaż przyznaje mam wątpliwości co do tego czy będzie mnie to bawiło przy kolejnym oglądaniu "Love, Rosie", ale za pierwszym razem na prawdę jest wiele scen, które nas rozweselą, uprzedzam nie chodzi mi o tarzanie się ze śmiechu i żarty typu wszystkich komedii o nastolatkach, zaliczaniu itd., zdecydowanie tutaj podają nam 'coś' bardziej subtelnego.
I nadszedł moment na mówienie o tym co było nie tak, szczerze nie mam wielu zastrzeżeń, ale jedno biło po oczach niesamowicie, mam tutaj na myśli wygląd głównych bohaterów. skoro akcja dzieje się na przestrzeni 12 lat czy ich wygląd nie powinien się chociaż odrobinę zmienić? Jest różnica między nastolatką, a 30-letnią kobietą. W przypadku Alex'a jest to do zaakceptowania, można to podarować. Jako nastolatek ma głowie niesforną czuprynę, którą z czasem zamienia na bardziej ułożoną, krótszą fryzurę. Nie podoba mi się jednak to jak wyglądała Rosie. Owszem w jej przypadku również zastosowano zmianę fryzury, bo jest i długo i średnio i jak kto woli. Mimo wszystko, gdy patrzymy na jej postać w wieku 28 czy 30 wygląda perfekcyjnie, jak zadowolona z życia 18-letnia nastolatka. W tej kwestii nie jestem zadowolona.
Podsumowując... Film przewidywalny, ale no ludzie jest tak uroczy i piękny, że można to darować. Główni bohaterowie wcale nie tracą czasu na szukanie siebie nawzajem, oni po prostu dojrzewają do właściwego uczucia. Jest to wręcz idealna propozycja na zimowe wieczory :) Mocne 6/10 :)
xoxo, Solange



